Odcinek piąty



Dzisiaj będzie krótko, ale to tylko po to, żeby urwać w kluczowym momencie i zachęcić was do czekania na następny odcinek. Odcinek, przy okazji którego zafunduję małą niespodziankę.


-Witam – głos kierowcy okazał się równie ostry co rysy jego twarzy. Zupełnie wyprany z jakichkolwiek pozytywnych emocji, chłodny i konkretny, jak u doświadczonego pokerzysty czy zmęczonego życiem, starego biznesmena. Albo psychopaty.

-Dzień dobry – odezwał się nieśmiało Szymon, z całej siły starając się ukryć płynący zapewne wraz z wypowiadanymi przez niego słowami strach.

Mężczyzna obrzucił go zdawkowym spojrzeniem, po czym wyciągnął dłoń. Uścisk był pewny, mocny i krótki – dokładnie tak, jak jego rozmówca wyobrażał sobie uścisk prawdziwego rewolwerowca. „Może faktycznie przeniósł się tutaj z Dzikiego Zachodu?” – zachichotała histerycznie ta część mózgu, która właśnie zaczynała tracić nad sobą kontrolę.

-Masz tutaj jakiś kibel? Kolega potrzebuje się załatwić, a boję się puścić go w krzaki. Jest trochę nie teges… – przybysz zakręcił palcem młynek przy skroni, uśmiechając się znacząco.

-Upośledzony? – spytał Szymon, kiedy cisza przedłużyła się na tyle, żeby zacząć być niezręczną.

Nie mógł pozwolić na niezręczną ciszę. Już i tak za bardzo był przerażony całą tą sytuacją. Wystarczająco, żeby eliminować wszystkie chwile, w których musiałby się zastanawiać, co powiedzieć. Wolał gadać bzdury, nawet gdyby okazało się to potencjalnie bardziej niebezpieczne.

-Jeśli tak chcesz to nazywać… – kowboj wzruszył ramionami – w każdym razie, jak się osra, to ja go mył nie będę. A wieźć go upapranego w gównie też nie zamierzam, lepiej, żeby sobie usiadł na tronie jak człowiek.

-Rozumiem… – powiedział Szymon, a po chwili nieśmiało dodał – wie pan, że za przejazd tą autostradą obowiązuje opłata?

-Co? – przyjezdny wyglądał, jakby w pierwszej chwili nie zrozumiał, o co chodzi jego rozmówcy. Wpatrywał się w niego jak w jakiś wyjątkowo ciekawy okaz zwierzęcia.

A potem wybuchnął śmiechem. Radosnym, szczerym i zupełnie różnym od szorstkiego, nieprzyjemnego głosu, którego używał do rozmowy.

-O co chodzi? – Szymon poczuł, że się czerwieni. Czerwieni! To chyba najbardziej idiotyczna reakcja, jaką mógł sobie w tej sytuacji wyobrazić. Jego serce gorączkowo próbowało wyrwać się z klatki piersiowej, zanim rozbawiony dryblas przestanie rechotać i albo rozszarpie biedaka na strzępy za sam pomysł, że mógłby płacić za przejazd, albo po przyjacielsku poklepie go po plechach. Co, zważając na jego posturę i siłę jaką z pewnością skrywały te wielgachne dłonie, spowodowałoby nie mniej makabryczny efekt.

-Jaja se robisz? – rzucił rewolwerowiec, na moment pozwalając uśmiechowi zbłądzić gdzieś na twarzy, po czym, jak gdyby nigdy nic, spytał – to gdzie ten kibel?

-Z tyłu tego budynku. Jest to niego osobne wejście – odparł Szymon, nie pozwalając westchnieniu ulgi wydostać się z jego gardła. Lepiej poczekać z tym, aż mężczyzna oddali się na tyle, by go nie usłyszał.

-Dzięki – odparł przyjezdny, po czym skierował się do drzwi. Jego towarzysz stał na ulicy i lekko zamglonym wzrokiem obserwował otoczenie, co jakiś czas wzruszając ramionami, jakby chciał odpędzić siadające na nim owady.

Oczywiście żadnych owadów nie było, a dziwny gest był jedynie jakimś idiotycznym przyzwyczajeniem albo objawem choroby, na którą ten biedak cierpiał.

Kiedy tylko za przypominającym rewolwerowca olbrzymem zamknęły się drzwi, Szymon oparł się o ścianę, czując, że z jego serca właśnie spada, aby roztrzaskać się o podłoże, największy ciężar, z jakim miał do czynienia w ciągu ostatnich kilku lat. Przeżył to spotkanie. Spotkanie z facetem, który za samą gębę powinien dostać dożywocie – prawdopodobnie i tak należałoby mu się za jakieś inne życiowe osiągnięcie. I nie chodziło już nawet o wygląd – ten najczęściej nie mówił przecież o człowieku nic. Stojąc naprzeciwko tego mężczyzny po prostu czuło się, że jest zdolny do wszystkiego.

Szymon nie miał pojęcia, czy wyczytał to w jego oczach, lodowatym, przewiercającym człowieka na wskroś spojrzeniu, wydzierającym z niego wszystkie sekrety czy może usłyszał pomiędzy konkretnymi, równie zimnymi głoskami składającymi się na wypowiadane przez niego słowa, ale pewien był, że miał do czynienia z bardzo groźnym mężczyzną. Osobą wymagającą szacunku – albo chociaż strachu – i bezlitośnie karzącą za jego brak.

Na szczęście ten niebezpieczny osobnik oddalił się. Zabrał ze sobą swojego towarzysza i zaprowadził go do niewielkiej, urządzonej na tyłach budynku toalety przeznaczonej właśnie dla przyjezdnych. Za chwilę wrócą, wsiądą do swojego samochodu i odjadą w siną dal, zostawiając po sobie tylko niezbyt przyjemne, być może powracające w niespokojnych snach, wspomnienia. I nikomu nic złego się nie stanie.

„Tak, nic złego…” – pomyślał Szymon nieomal się uśmiechając.

Wtedy właśnie usłyszał jęk. Stłumiony, ledwo słyszalny, ale niezaprzeczalnie obecny w zastałym, jesiennym powietrzu. Jęk, w którym dało się słyszeć zarówno bezsilną, pozbawioną jakiejkolwiek nadziei na ratunek udrękę jak i urągające zdrowemu rozsądkowi, wypływające z najgłębszych warstw instynktu samozachowawczego wołanie o pomoc. Było w nim coś jeszcze – coś w pierwszych sekundach trudne do zidentyfikowania, ale niesamowicie charakterystyczne, coś, czego nie można pomylić z niczym innym, ale czego zidentyfikowanie wymaga odrobiny wysiłku. Ten jeden, szczególny ton odróżniający kwilenie skrzywdzonego dziecka od nasyconego depresją szlochu dorosłego.

Dziecka. Gdzieś w pobliżu płakało dziecko.

Wiosenne porządki

Dzisiaj przyszedł czas na uporządkowanie kilku rzeczy, które od samego początku istnienia strony – czyli od ładnych paru lat – na to zasługiwały, ale albo nie miałem na to czasu i ochoty, albo nie miałem pomysłu jak to zrobić. Kilka dni temu doszedłem jednak do wniosku, że najlepiej będzie wybrać najprostszy sposób – po prostu zrobić dla nich odpowiednią podstronę i ładnie je tam umieścić w przypadkowej kolejności.

Mowa o opowiadaniach sprzed 2008 roku. Czemu akurat 2008? Bo w tym roku skończyłem 17 lat i byłem w pierwszej klasie liceum. I uznałem, że opowiadania z czasów gimnazjalnych i jeszcze starsze mogą się już wydawać odrobinę odbiegające (przynajmniej jeśli chodzi o poziom składania zdań, bo niektóre pomysły z tamtego okresu nadal wydają mi się na tyle fajne, że zastanawiam się czasami, czy nie spisać ich od nowa) od tego, co reprezentuję sobą teraz. Nie twierdzę, że są złe, bo prawie każde z nich ma na swoim koncie jakąś nagrodę, więc są osoby, którym się naprawdę spodobały. Ale żeby móc ocenić ich wartość trzeba wziąć pod uwagę, jak młody byłem kiedy je pisałem. Czy szczególnie polecam jakieś teksty z tamtego okresu? Tak, dwie komedie, mianowicie Sztywni z ferajny oraz Między nami, potworami, bo o ile umiejętności pisarskie rozwijają się z wiekiem, to humor, jak mi się zdaje, nie starzeje się nigdy. Zapraszam do czytania

Odcinek czwarty

Dziękuję za wszystkie komentarze, bo niezależnie od ich treści naprawdę motywują – widzę, że ktoś to czyta, a to sprawia, że chce się pisać. Dzisiaj będzie względnie krótki fragment opisujący spokojne życie Szymona oraz wprowadzający dwie nowe postacie, które jednak po raz pierwszy odezwą się dopiero za tydzień. I tak, jedna z nich jest papierowym, przesadzonym schematem, ale to pewnego rodzaju eksperyment. Chcę po prostu sprawdzić, czy w przyszłych odcinkach uda mi się urealnić tego bohatera i nadać mu nieco charakteru. Bo przecież nie powinno się oceniać książki po okładce – może ten komiksowy, bezwzględny wojownik jest tak naprawdę kimś innym?


A Szymon był zarządcą tej oazy. I bardzo nie lubił – wręcz nienawidził – dni, w które odwiedzała go jakaś karawana. A zbliżający się z niewielką prędkością samochód sugerował, że ten, wydawałoby się, całkiem sympatyczny dzień, będzie właśnie taki.

-A niech to… – mruknął, kiedy jego wzrok prześlizgnął się po niezauważonym do tej pory pojeździe.

Terenówka – sam fakt tego, że taki wóz w ogóle pojawił się na autostradzie był wystarczająco niecodzienny, aby wyzwolić w umyśle mężczyzny niechętną ciekawość – znajdowała się jeszcze dość daleko, ale raczej nie zapowiadało się na to, żeby ominęła posterunek Szymona. Bo gdzie miałaby pojechać? Nagle opuścić zniszczoną co prawda i popękaną jeszcze przed wojną szosę, żeby tłuc się po błotnistych bezdrożach? Raczej nie było na to szans, zwłaszcza że w okolicy próżno szukać czegokolwiek ciekawego – pasażerowie musieli zdążać gdzieś dalej, jechać na północ, może ku któremuś z dużych miast, jakie niegdyś tam były.

Szymona niezbyt interesowało to, jak owe osady przetrwały dotychczasowe działania wojenne, ale z plotek przynoszonych przez wracających z tamtych terenów – a trzeba wiedzieć, że czasem podróżnicy po prostu potrzebowali się komuś wygadać – nie wyłaniał się pozytywny obraz. Wyglądało na to, że wciąż ktoś tam walczył, a więc większość koniecznych do przetrwania zasobów – żywności, wody, lekarstw – znajdowała się pod kontrolą wojska. Te, z których żołnierze nie korzystali, zostały szybko przejęte przez silniejsze grupy, najczęściej złożone z bandytów lub innych osiłków szukających łatwego zarobku. Nie powinno dziwić, że przeciętny człowiek, o ile nie był zaopatrzony w naprawdę duże sumy pieniędzy albo bardzo ekskluzywne towary do wymiany, nie miał tam czego szukać.

A jednak ten, zbliżający się z każdą sekundą podróżnik, kierował się właśnie tam. W dodatku miał dostęp do groteskowo dużych zasobów paliwa, skoro mógł sobie pozwolić na prowadzenie samochodu, w dodatku terenowego, a one, o ile Szymonowi było wiadomo, pożerały ogromne ilości tego, co lało im się do baku. „To musi być jakiś bogacz” – mężczyzna uśmiechnął się na samą myśl o odwiedzinach osoby, która pewnie nie będzie miała nic przeciwko płaceniu za przejazd. Zanim jednak radosny wyraz zdążył zagrzać miejsce na jego twarzy, został szybko starty przez pączkujący dopiero grymas przerażenia. „Chyba że to jakiś bandyta” – myśl zmaterializowała się pod kopułą czaszki z przerażającą dokładnością.

Jeśli bowiem ktoś miał dostęp do takiego samochodu i do takich ilości paliwa, musiał albo być wysoko postawionym wojskowym, albo kimś, kto tego wysoko postawionego wojskowego okradł. Kto jeździ od wioski do wioski i zabiera bezbronnym mieszkańcom benzynę, pożywienie i wodę, w najlepszym wypadku zostawiając potem nieszczęśników w spokoju. „A jeśli to psychopata” – serce mężczyzny zaczęło bić szybciej – „jeśli zupełnie bezinteresownie mnie zabije? Albo zabierze wszystko co mam i zostawi mnie tutaj na pewną śmierć?”.

Zdarzały mu się już potyczki z agresywnymi kierowcami. Zazwyczaj wtedy spuszczał z tonu, pozwalał takiemu delikwentowi przejechać za darmo, ewentualnie wręczając mu jakieś zadośćuczynienie za bezczelną według niektórych propozycję pobrania opłaty. Rzadko jednak ktoś chciał zrobić mu krzywdę – posiadał zbyt mało, żeby opłacało się go okradać – zwłaszcza, że kilkukrotnie już dobrowolnie oddał złodziejowi część swoich zapasów – a zagarnięcie mu domu raczej nie wchodziło w grę, bowiem większość ludzi garnęła się do cywilizacji. On natomiast mieszkał tutaj zupełnie sam, na kompletnym odludziu, jakoś sobie radząc i wcale nie tęskniąc za towarzystwem.

Owszem, każdy przyjezdny przynosił ze sobą potencjalne niebezpieczeństwo, ale jak na razie rzadko zdarzało mu się bezpośrednio ucierpieć w wyniku takiego spotkania. „Zawsze musi być ten pierwszy raz” – parsknęła pesymistyczna, ostatnimi czasy nadaktywna, część mózgu. Zostawiła go z tą myślą w naprawdę złym momencie. Samochód właśnie zatrzymał się dwa metry od okna, przez które Szymon śledził go wzrokiem.

Z bliska nie wyglądał już tak imponująco – praktycznie całą przednią część pokrywało zaschnięte błoto, iście artystycznie rozmazane, jakby wóz nie był czyszczony od wieków. I prawdopodobnie właśnie tak było. Zresztą, gdyby nawet zdrapać z niego cały bród, wcale nie prezentowałby się lepiej, zakładając, że pod grubą warstwą kryło się to samo co wyzierało z nielicznych względnie czystych miejsc – brunatne, odznaczające się od reszty jak jakaś dziwaczna, nienaturalna narośl, plamy rdzy. Samochód z pewnością przeżarty był w wielu miejscach – oczywiście, wyglądał na tyle solidnie, że Szymon miał podstawy podejrzewać, iż mimo wszystko całkiem dobrze się trzyma i nie rozsypie się pod własnym ciężarem jeszcze przez parę lat, ale nie zmieniało to faktu, iż maszyna z powodu braku mechanika czy części wyglądała na niezbyt zadbaną.

Podobnie jak człowiek, który właśnie z niej wyszedł. Wysoki, czterdziestokilkuletni mężczyzna o twarzy nie wróżącej niczego dobrego. Wytarta, znoszona skórzana kurtka zawieszona na szerokiej, zdradzającej, iż dryblas dużo czasu poświęca na trening, klace piersiowej sprawiała, że przyjezdny wyglądał jakby został żywcem wyjęty z jakiegoś przedwojennego filmu. Jak skopany przez życie twardziel ze starego westernu, powracający do swojego rodzinnego miasta po latach, żeby pokazać, że i on potrafi zrobić użytek z nóg. I nie tylko z nóg, bowiem do pasa przytwierdzona była sporych rozmiarów kabura, dopełniająca obrazu sfiksowanego rewolwerowca.

Mężczyzna, zupełnie ignorując fakt, że drzwi po stronie pasażera właśnie się otworzyły, ruszył w stronę budynku, w którym, za grubą, zdawać by się mogło, bezpieczną szybą, kulił się Szymon. Za jego plecami z wozu powoli, jakby poruszając się pod wpływem alkoholu, wygramoliła się druga, robiąca nie mniej groźne wrażenie postać. Ta jednak nie dostałaby roli w żadnym westernie, natomiast z powodzeniem mogłaby bez charakteryzacji ubiegać się o angaż w ekranizacji komiksu o mutantach lub jakimś opartym o wyjątkowo szpetne straszydła, horrorze.

Drugi przybysz prawdopodobnie także był mężczyzną, zdecydowanie młodszym od swojego towarzysza, kierowcy. Nie dało się tego stwierdzić po twarzy, ale postura i ogólna sylwetka sugerowała drugą lub trzecią dekadę życia, co zdawała się potwierdzać gładka, nie naznaczona jeszcze marszczącym dotykiem czasu, skóra. Dopiero po kilku sekundach wpatrywania się w nią Szymon zrozumiał, że wcale nie jest taka gładka dlatego, że zdrowo wygląda, ale właśnie ze względu na jakąś dziwną, najprawdopodobniej wrodzoną, chorobę. Zgrubiały, popękany w niektórych miejscach naskórek przypominał raczej pancerz dużego, narażonego na ataki uprzykrzających życie owadów zwierzęcia niż coś, co dałoby się znaleźć na ludzkim przedramieniu. Mężczyzna wyglądał przez to trochę jak słoń czy pancernik – a raczej wyglądałby, gdyby nie przywodził na myśl wyciągniętego z kiepskiego filmu fantasy trolla.

Twarz właściwie w całości wypełniała groteskowa, ogromna narośl, mająca swój początek nad prawym okiem, na tyle wielka, by zdeformować czoło i przesunąć lekko na lewo wszystkie pozostałe komponenty oblicza nieznajomego. Gałka oczna po jej stronie właściwie nie była widoczna – na pół przysłonięta przez ową bulwę, uwięziona w cienkiej szparze źle uformowanego oczodołu prawdopodobnie nie mogła dojrzeć zbyt wiele. Kto wie, może nawet w ogóle utraciła zdolność widzenia albo wręcz uległa regresji i gdyby wprawny chirurg plastyczny podarował przybyszowi zwyczajny, ludzki wygląd, ten nadal byłby połowicznie ślepy, ze śmiesznym, maleńkim oczkiem wyzierającym spod skrojonej na miarę powieki.

Lewa połowa okropnie zdeformowanej twarzy wcale nie prezentowała się lepiej – wszystkie jej elementy, od nosa aż po uszy, wydawały się dziwnie przesunięte i nienautralnie ustawione względem siebie, jakby mężczyzna dopiero co uciekł z jednego z obrazów Picassa. Z tego też powodu Szymon nie potrafił ocenić jego emocji – nie malowały się bowiem na obliczu w naturalny dla człowieka sposób, a raczej prześlizgiwały się po karykaturalnie wykręconych mięśniach mimicznych zupełnie chaotycznie, układając je w dziwne, trochę straszne, wzory.

„Bushey-II” – pomyślał Szymon – „prezent z samego środka piekła”. Jego dość drobiazgową analizę wyglądu jednego z przybyszów przerwał szczęk otwieranych drzwi. Mężczyzna mimowolnie, zupełnie odruchowo, odskoczył od okna i zaczął gorączkowo rozglądać się za jakąś kryjówką. Zdrowy rozsądek jednak rekordowo szybko spętał rozbiegane, przerażone myśli i zamknął je w przygotowanym wcześniej specjalnie dla nich wybiegu. „To, że przypominają parę zabójców wyjętych z zupełnie innych bajek nie znaczy, że chcą zrobić ci krzywdę” – warknęła ta trzeźwa część jego umysłu, ale – mimo iż miała słuszność i na razie nie było powodu do paniki – nie brzmiała zbyt przekonująco.

Odcinek trzeci

Tym razem dowiecie się nieco więcej o teoretycznych podstawach tego, co stało się ze światem i o tym, jak przebiegała wojna, która go zniszczyła, oraz poznacie nowego bohatera. Korzystając z okazji, że to już trzeci odcinek – a do trzech razy sztuka – chciałbym spytać, czy to, co już powstało się podoba i warto to kontynuować. Planuję bowiem prowadzić pilotaż jeszcze przez dwa odcinki, a potem zdecydować, czy prowadzić serię dalej.
PS: Konia z rzędem temu, który odgadnie, komu Sam Bushey zawdzięcza swoje nazwisko i, po części, imię. Była kobietą, jak Kopernik, a w dodatku drugoplanową bohaterką książki.


Szymon czuł się stary. I mimo że wiele osób w życiu nie użyłoby w jego przypadku tego określenia, uważał je za najlepsze, jakim można go opisać. W ciągu swojego pięćdziesięcioczteroletniego – w tym miejscu zaprotestowałyby kolejne osoby – życia zrobił dokładnie to, co planował, a nawet jeszcze więcej. Zyskał wszystko, a potem wszystko stracił, zaś teraz chciał tylko spokojnie dożyć końca swoich dni w tym małym domku w pobliżu autostrady. Autostrady, która kiedyś mimo bycia najdłuższą w kraju, budziła śmiech zagranicznych turystów, a teraz, na tle popękanej i podziurawionej przez bomby mapy Europy, prezentowała się całkiem nieźle, sunąc sobie spokojnie przez środek Polski i – w jego mniemaniu – wyznaczając, gdzie jest wschód a gdzie zachód lepiej niż zrobiłaby to Wisła.

Kiedyś, w o wiele lepszych czasach, Szymon pobierał opłaty za przejazd. Nie był to może zawód szczególnie szanowany przez społeczeństwo, ani opłacalny, ale lubił go, bo dawał mu względna stabilizację nie zmuszając do kombinowania. Nie lubił kombinować – zrobiłby wszystko, gdyby tylko ktoś mu zagwarantował, że będzie miał się za co utrzymać już do końca życia i że jego praca nie będzie szczególnie niebezpieczna. Podczas gdy koledzy próbowali przenieść się za wszelką cenę gdzie indziej, męcząc się z dodatkowymi kursami czy rozsiewaniem CV jak grzyby zarodników, on żartował sobie, że będzie zbierał opłaty za przejazd do końca świata, a może nawet jeden dzień dłużej.

I słowa dotrzymał – koniec świata nastąpił, a on nadal siedział w maleńkim budyneczku postawionym koło drogi i wypatrywał, czy jakiś motocykl – bo innych pojazdów raczej się już nie spotykało – nie próbuje nielegalnie przekroczyć jego posterunku. Czasem nawet dostawał za to jakieś pieniądze – choć większość administracji rozpadła się w pył od licznych eksplozji, to raz na kilka miesięcy ktoś przypominał sobie o mężczyźnie niezmordowanie wykonującym dla państwa kompletnie bezużyteczną pracę. Przychodził wtedy do niego smutny, zaniedbany urzędnik, żeby odebrać ściągnięty przez Szymona haracz – przynajmniej tę część, która nie została wydana na jedzenie – i dać mu jakieś drobne. Cała sytuacja była tyleż absurdalna, co wygodna – Szymon miał za co żyć i nie musiał ruszać się z domu.

Przeszedł już wystarczająco dużo, żeby odechciało mu się jakichkolwiek wędrówek. Był już zdecydowanie za stary na takie eskapady. Wolał siedzieć sobie tutaj, pobierając opłaty – częściej wyglądające bardziej jak handel wymienny, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie płacił tak po prostu za przejazd – i czekając na kolejny koniec świata. Może kiedyś dostanie medal złotego pracownika – w końcu mało kto wiernie zagrzewa jeden stołek mimo dwóch armageddonów za pasem.

Dzisiaj było nudno – jak zwykle, co też Szymon w tej pracy kochał. Droga, zupełnie pusta, przywodziła na myśl stare piosenki, takie jak „Highway to hell” czy podobną tytułem, ale nie treścią „Road to hell”. Zwłaszcza, że często można było na niej zobaczyć istoty do złudzenia przypominające piekielne bestie, te ze średniowiecznych obrazków oraz strąconych do Tartaru z ilustracji do antycznych dzieł. Zdeformowane, rozszczepione twarze, uszkodzone, niewidzące oczy i dziwne, powykrzywiane sylwetki były w dzisiejszych czasach normą. To potworne pamiątki po tym, co tak naprawdę rozpoczęło tę wojnę – promieniowaniu Busheya.

Samuel Bushey, gdyby historia była dla niego łaskawsza, zapisałby się złotymi zgłoskami jako wybitny amerykański biofizyk, pracujący nad nowatorską metodą leczenia nowotworów. Eksperymentował z różnymi rodzajami promieniowania, by udoskonalić tak skalpele laserowe, szeroko rozpowszechnione wśród chirurgów, jak i równie popularne urządzenia zwane gamma knife. Ich zasada działania była prosta – wiązki promieni gamma emitowane dookoła pacjenta, na tyle słabe, by nie uczynić mu żadnej krzywdy, ogniskowały się w jednym, precyzyjnie zaplanowanym miejscu, aby tam, łącząc swoją siłę, niszczyć zmutowane komórki.

Bushey zastanawiał się, czy nie istnieje lepsze promieniowanie, bardziej selektywne lub bardziej skuteczne, wystarczająco przenikliwe, by przeszyć człowieka, ale też na tyle słabe, by nie wyrządzić mu większej krzywdy. Lata badań doprowadziły do rewolucyjnego odkrycia – uczony opracował coś, co co prawda nie do końca zgadzało się z jego wizją, ale było kompletną nowością w świecie nauki, rzucając światło na kilka nie do końca jasnych kwestii i podważając inne. Szymon nie wiedział, o co dokładnie chodziło – fizyka raczej niezbyt go interesowała – ale okazało się na tyle istotne, że pracą Busheya zainteresowali się ludzie związani z obronnością USA.

Sam uczony niezbyt cieszył się z tego faktu, bowiem promieniowanie, które odkrył, mogło być w równym stopniu błogosławieństwem co przekleństwem. Niszczyło bowiem kwas DNA, co więcej, można je było skupić w bardzo jednolitą, spolaryzowaną wiązkę – w tym aspekcie bardzo przypominało światło laserowe. Bushey nie wiedział, co powoduje tak wielką selektywność promieni – oddziaływały niemal wyłącznie z podwójną helisą tworzącą ludzki materiał genetyczny – ale wszystkie eksperymenty zdawały się potwierdzać ten fakt.

Napromieniowane komórki błyskawicznie obumierały, najczęściej na skutek zaprogramowanej jeszcze przed ich zróżnicowaniem sekwencji autodestrukcji uruchomionej przez krytyczne uszkodzenie DNA. Po prostu rozpadały się na kawałki wypełnione cytoplazmą wraz z niezniszczonymi organellami, co pozwalało na ich łatwe wchłonięcie lub strawienie – stwarzało to sytuację idealną do niszczenia nowotworów. Ale też, przy odpowiedniej dawce złej woli, pozwalało w sprytny sposób bardzo szybko uśmiercić jakiegoś człowieka. Dodatkowo, emitery promieniowania dało się skonstruować w ten sposób, żeby ich wielkość nie przekraczała zwyczajnej walizki. W obliczu tego, że świat jeszcze nie wiedział o epokowym odkryciu, stanowiło bardzo skuteczną i praktycznie niewykrywalną broń. Co wysoko postawione osoby, oczywiście, wykorzystały.

Szymon nie miał pojęcia jak prawa do korzystania z wynalazku przeszły z Samuela na armię USA, tym razem nie dla tego, że go to nie interesowało, ale dlatego, że brzydził się takimi zabiegami. Stało się to bowiem wbrew woli samego uczonego, prawdopodobnie tylko dlatego, że odpowiednio silne osoby dostatecznie mocno pociągnęły za niektóre sznurki. Technologia, którą opracował naukowiec została mu więc zarekwirowana, a on sam zobligowany do milczenia. Złamanie tej narzuconej siłą umowy skutkowałoby, jak przyznał później w którymś z wywiadów, ekspresowym wyrokiem śmierci z pominięciem takich bzdur jak proces sądowy czy w ogóle poinformowanie o tym jakichkolwiek prawników.

Nadanie promieniowaniu nazwiska odkrywcy było według Szymona ostatecznym aktem szyderstwa. Napluciem mu w twarz i z obrzydliwą miną poinformowaniem, że ewentualnie mogą uznać jego autorstwo, ale z samym dziełem i tak zrobią co chcą. I zrobili – kilkoma przyciskami rozpoczęli najgorszą, największą i najbardziej niszczącą wojnę w historii ludzkości. Wojnę trwającą, z małymi przerwami, do dziś, kiedy już wszystko, o co można walczyć zostało dawno zniszczone. Pozostały tylko żałosne strzępki honoru, którego ludzie wysyłający innych na śmierć w imię narodu, ale zbyt tchórzliwi, by wychylić choćby czubek nosa ze swoich przesadnie ufortyfikowanych siedzib, i tak nie mieli.

A zaczęło się niewinnie, od kilku tajemniczych śmierci ludzi podejrzanych o sprzyjanie terrorystom. Także paru przywódców państw nie do końca zgadzających się z polityką USA zginęło zaraz po swoich publicznych wystąpieniach – nikt oczywiście nie wykrył nieznanego nauce promieniowania. Nikt też nie podejrzewał, że zabójcami byli ludzie siedzący przed telewizorami kilkadziesiąt metrów dalej. Ludzie, którzy w odpowiednim momencie uruchomili emiter i ustawili go tak, by wiązka przeniknęła ściany ich domów, wszystkie stojące na jej drodze przeszkody, a potem poszatkowała DNA mózgu celu, doprowadzając do masowego obumierania koniecznych do życia komórek. A potem, kiedy wszystko już wyszło na jaw, rozpętało się piekło.

Państwa zaatakowane przez USA w tej cichej wojnie zjednoczyły się i zadecydowały, że takie działania nie mogą pozostać bez konsekwencji. Atakujący i sojusznicy, oczywiście, nie chcieli się na to zgodzić twierdząc, że wszystkie te wydarzenia – zabicie z chirurgiczną precyzją kilkudziesięciu strategicznie ważnych osób – były nieszczęśliwym wypadkiem i nieudanym eksperymentem. Brak porozumienia doprowadził do agresji oraz analogicznej akcji dywersyjnej. Broniące się kraje w niejasnych okolicznościach wchodziły w posiadanie emiterów zabójczego promieniowania i w ten sam, elegancki sposób, pozbywały się członków amerykańskiego parlamentu. O tym co się działo potem, historycy, gdyby akurat nie uciekali przed tym czy innym bombardowaniem, spieraliby się do dziś.

Ważnym jest tylko to, że do walki wkroczyły także te starsze narzędzia zagłady, z bronią jądrową i konwencjonalnymi rakietami włącznie. Wszystko to razem wzięte zamieniło kwitnącą życiem Ziemię w jeden wielki lej po bombie, a niegdyś dumną cywilizację władców świata w zastraszone, biegające z miejsca na miejsce stada, prowadzące koczowniczy tryb życia i z całego serca nienawidzące ukrytych w stolicach każdego z państw władców marionetek, mrocznych, niemal legendarnych przywódców. Teraz bowiem wojna toczyła się między nimi, pomiędzy skąpanymi w cyfrowym blasku wyświetlaczy komputerowych twarzami, w skupieniu przeglądającymi mapy taktycznie i nie wiedzącymi – czy raczej nie chcącymi wiedzieć – jak wygląda sytuacja na zewnątrz.

Nad całym tym chaosem wisiało widmo promieniowania Busheya. Rzucona na nas przez naturę klątwa, której nikt z naukowców, być może przez pośpiech z opracowaniem broni opartej na nowoodkrytych promieniach, nie przewidział. Sprawa nie była bowiem tak prosta, jak wydawało się Samuelowi – owszem, odkryta przez niego wiązka była doskonale spolaryzowana, zogniskowana i jednolita – strzelało się nią jak laserem, mając pewność, że popędzi właśnie tam, gdzie się ją wycelowało i nie trafi w nic innego. Wykonywane na szybko testy nie wykazały jednak, że od tej właśnie wiązki rozchodzą się we wszystkich kierunkach koliste fale innego, trudniejszego do wykrycia i łagodniej działającego promieniowania. Nazwano je Bushey-II, w odróżnieniu od pierwotnego, jednolitego Bushey-I.

Do wykrycia promieni Bushey-II potrzeba było nieco innych detektorów niż w przypadku ich starszych braci. Efekt działania, co prawda, też był nieco inny, ale generalnie opierał się na tej samej zasadzie – fale uszkadzały DNA, z tą małą różnicą, że nie robiły tego w tak agresywny i gwałtowny sposób, jak Bushey-I, a raczej selektywnie, dość finezyjnie, modyfikowały poszczególne nukleotydy, powodując niezwykle liczne i trudne do przewidzenia mutacje. I to właśnie one zwróciły wzrok naukowców w stronę, z której nie spodziewali się żadnego zagrożenia – na terenach, na których użyto zabójczej broni nowej generacji, niepokojąco wzrosła częstotliwość zachorowań na wszelkiego rodzaju nowotwory, zmalała natomiast ilość donoszonych do porodu ciąż. Płody dosłownie rozpadały się w macicach swoich matek, najczęściej także dotkniętych działaniem Bushey-II, a jeśli wytrzymywały wystarczająco długo, by się urodzić, najczęściej cierpiały na co najmniej kilka mniej lub bardziej ze sobą związanych wad rozwojowych.

Kiedy jednak zostało to zauważone, było już za późno na podjęcie konkretnych działań mających pomóc chorym noworodkom – wojna szalała już z pełną siłą, angażując bez reszty i bez tego nie wyrabiającą ze wszystkim służbę zdrowia. Ludzkość musiała więc pogodzić się z tym, że na świat przychodziło będzie znacznie mniej osób, a szczęśliwcy, którym uda się przetrwać okres przed narodzinami, i tak prawdopodobnie umrą w przeciągu kilku tygodni od zaczerpnięcia pierwszego oddechu. Całą sytuację pogarszał fakt, że mimo odkrycia promieniowania Bushey-II, nieodłącznie towarzyszącego Bushey-I, nie zaprzestano używania eleganckiej i jednocześnie niezwykle zabójczej broni na nim opartej.

Nadal zabijano z ukrycia, precyzyjnie naświetlając niezbędne do życia organy i skazując je na zniszczenie i pociągnięcie za sobą w paszczę śmierci ich właściciela. A zdradliwe, okrągłe fale, nadal były emitowane przez główną, służącą mordercom wiązkę. Rozchodziły się we wszystkie strony, trafiając każdego znajdującego się w pobliżu człowieka i robiąc niezłe zamieszanie w jego genach. Oczywiście, istniała całkiem spora liczba osób, którym pojedyncze bombardowanie promieniami Bushey-II nie czyniło większej krzywdy – uszkodzone komórki albo naprawiały się odpowiednio szybko, albo były natychmiastowo usuwane, zanim podzielą się i przekażą wadliwy materiał swoim potomkom. Niestety, równie duża grupa ludzi reagowała na tego typu działania bardzo gwałtownie – od wykazywania objawów typowej choroby popromiennej, po rozwinięcie się nowotworów.

Tajemnicą poliszynela jest też to, że w niektórych miejscach po prostu nie dało się nie przyjąć dawki promieniowania niebezpiecznej nawet dla najbardziej odpornych. Popularność broni opartej na Bushey-I, potęgowana tym, że mimo dość już powszechnej obecności detektorów, nadal trudno je było wykryć, sprawiała, że często wypierano z pamięci fakt, że używając tego typu uzbrojenia robi się krzywdę nie tylko swojemu celowi, ale także wszystkim dookoła. Z żołnierzami włącznie.

„I dlatego autostrada czasem przypomina drogę do piekła” – pomyślał Szymon, wzdychając ciężko. Wśród osób mających mniej niż dwadzieścia lat niemalże trudno było znaleźć kogoś, kto wyglądałby względnie normalnie, bez rozszczepionej wargi czy dziwnych narośli na twarzy. W połączeniu z wszechobecną biedą, poszarpanymi, starymi ubraniami i brudem spowodowanym utrudnionym dostępem do wody, świat sprawiał wrażenie koszmarnego snu szaleńca. Miejsca zamieszkałego przez dziwne, pokraczne stworzenia, otaczające się resztkami cywilizacji, którą w ostateczności dało się uznać za metaforę zniszczonego przez chorobę psychiczną umysłu.

Na tym zwariowanym, pozbawionym logiki, jakiegokolwiek poczucia bezpieczeństwa i normalności globie spokojny, ciepły domek przy autostradzie wydawał się tak oderwany od rzeczywistości, jakby to właśnie on, a nie ten cały chaos dookoła, był przejawem dziwactwa. Sprawiał wrażenie oazy na samym środku pustyni obłędu, dręczonej przez ciągłe burze piaskowe i bezlitośnie smażące słońce, wysyłające swoje bezlitosne, ultrafioletowe światło – kolejna naciągana metafora, tym razem ukrywająca za zasłoną słów promieniowanie Busheya – dobijające umierających z pragnienia wędrowców.

Odcinek drugi

Był wysokim, starszym mężczyzną. Zmęczoną życiem, skrzywioną twarz przykrywała imponujących rozmiarów siwa broda, oczywiście nie tak długa jak u tych wszystkich książkowych mędrców czy czarodziejów, ale wystarczająca, żeby bardzo dokładnie ich przypominać. Znad niej przyglądały mi się – z równą przenikliwością, co ja im – głębokie, bystre oczy. Oczy ocalonego, kogoś, kto nie poddał się i nadal próbował odnaleźć swoje miejsce w świecie, który już dawno dał sobie spokój z przestrzeganiem jakiejkolwiek logiki. To były jasne, wyraziste tęczówki jednej z ostatnich zdrowych psychicznie osób na planecie szaleńców.

-Artur, też uciekam z północy. Mogę ci opowiedzieć o wszystkim, czego będziesz potrzebował. W zamian za to chcę tylko trochę chleba i aspiryny. Coś mnie bierze – odpowiedział, nie zmieniając wyrazu twarzy. Wyglądał, jakby próbował się zorientować, czy nie jestem czasem kompletnym psychopatą.

-A co z nim? – kiwnąłem głową w stronę mężczyzny, z którym przed chwilą rozmawiałem. Jego tułów i głowa leżały na stoliku, jakby tłoczony wewnątrz ich naczyń krwionośnych alkohol okazał się zbyt ciężki, żeby nieszczęśnik mógł się podnieść. Usta wyrzucały z siebie potok bezsensownych i kompletnie niezrozumiałych już słów.

-Nie wiem, na pewno danie mu pieniędzy nie jest dobrym pomysłem – Artur wzruszył ramionami, po czym delikatnie, choć zdecydowanie popchnął pijaka.

Tak nisko upadliśmy. I nie wiem już nawet, kto bardziej wbił się w dno – czy my, ludzie próbujący zachować jeszcze resztki cywilizacji, ale zrzucający innych z krzeseł jakby byli workami pełnymi śmieci, z pełną premedytacją nie zwracający uwagi na rozpadającą się rzeczywistość i to całe szaleństwo, którego jesteśmy świadkami, przechodzący obok krzywdy, czy nawet śmierci innych dyplomatycznie odwracając wzrok i udając, że ich nie zauważamy, czy on, bezwolny, bredzący do siebie twór, którego nikt już nawet nie próbuje ratować. I, co najgorsze, nikt nie podałby mu pomocnej dłoni nawet, gdyby sam tego chciał – każdy machnąłby ręką i stwierdził, że lepiej zachować cenną żywność czy lekarstwa dla kogoś, dla kogo jest jeszcze nadzieja.

On nie chciał. Po prostu, z głośnym hukiem, spadł z krzesła, po czym cisnął w Artura pełnym nienawiści spojrzeniem.

-Co to ma być? – wrzasnął, czy raczej próbował wrzasnąć, bo z jego ust wydobyła się jedynie żałosna, ciężka do zinterpretowania, plątanina średnio głośnych dźwięków – tak się tutaj traktuje człowieka?

-Pytaj – nakazał Artur, zupełnie ignorując wijącego się po podłodze mężczyznę, którego miejsce przed chwilą zajął.

-Czy to, co on powiedział jest prawdą? Pomorze faktycznie znowu jest bombardowane?

-Tak. Rozpętało się tam prawdziwe piekło. Zresztą, sam widzisz. Gdyby było inaczej, wszyscy ci ludzie nie opuszczaliby domów i nie uciekali gdzie pieprz rośnie. Nawet gdyby ktoś tam prowadził jakieś zwyczajne działania wojenne, zawsze bezpieczniej jest siedzieć we własnym domu niż ryzykować długą podróżą. A oni zaryzykowali.

-Rozumiem… – mruknąłem, przez chwilę kontemplując słowa mojego rozmówcy. Faktycznie, cały ten eksodus na pewno nie został spowodowany przez byle co – masz jakiś pomysł dlaczego znowu zaatakowali? I kto w ogóle jeszcze się w to bawi?

-Kto to wie – mruknął, uśmiechając się smutno – ta wojna dawno temu straciła jakikolwiek sens. Kiedyś toczyła się o coś, ale teraz, kiedy już nawet nie ma czego zdobywać? To wszystko jest po prostu teatrzykiem dużych chłopców. Kto komu bardziej dokopie, jeśli wiesz co mam na myśli.

-Tak myślisz?

-A mam jakieś podstawy żeby myśleć inaczej? Poza tym to nie moje wymysły, to fakty – tutaj uśmiechnął się zuchwale – co prawda tylko medialne, ale fakty.

-Co masz na myśli? – spytałem, kiedy milczenie się przedłużyło.

-Wieść gminna niesie, że w Niemczech się zbuntowali i poszli z widłami na stolicę. Ubili kanclerza, prezydenta, premiera, czy kto tam u nich rządzi, a teraz mają względny spokój. Na ulice dalej strach wyjść, ale przynajmniej nikt im nie zrzuca bomb na głowę. Rozumiesz? To nie jest i nigdy nie była wojna ludzi. To jest wojna polityków. Głupich, siedzących w bunkrach polityków, którzy uparli się, że będą bronić dawnego ładu. Że utrzymają granicę, może nawet zdobędą jakieś terytorium, a potem wojna się skończy i wszystko będzie jak dawniej.

-Masz rację, ale tylko połowiczną – odparłem, sięgając do kieszeni po batonika.

Obecnie traktowany był jako takie samo pożywienie jak wszystkie inne. Kiedy wojna zaczęła nabierać rozpędu, a na miasta spadać te mniej potężne bomby, przestało istnieć coś takiego jak utrzymywanie odpowiedniej diety. Jadło się to, co akurat leżało na ulicy – tak przedstawiały się nawyki żywieniowe w pierwszej fazie, kiedy fabryki nie pracowały, a sklepy płonęły i były plądrowane przez ludzi, którym kule ognia pozabierały cały dobytek – albo co udało się dostać od innych. Ja miałem szczęście kilka dni temu trafić do małego, wiejskiego kiosku, w którym ktoś próbował sprzedawać żywność. Ktoś, kogo dawno już tam nie było, najprawdopodobniej z jakiegoś powodu był zmuszony ekspresowo opuścić miejsce swojego małego biznesu i nie zdążył zabrać całego towaru. Zostawił głównie słodycze i, wyprodukowane jeszcze przed wojną, gazowane napoje, towar deficytowy jak wszystko inne, a w dodatku w miarę dobrze zachowany. Była szansa, że od niego nie wyrośnie mi chitynowy pancerzyk.

Artur spojrzał na otwierany przeze mnie batonik, ale nie skomentował tego.

-Nie rozumiem – powiedział tylko.

-To, że ta wojna nadal trwa, jest skutkiem kompletnego oddzielenia polityki od prawdziwego świata. Ale nie sądzę, żeby Niemcy zabili swoich przywódców. Jeśli nie potrafiły tego zrobić bombowce i żołnierze, zwykli ludzie tym bardziej – wyjaśniłem.

-Daj mi tę piątkę, gównosiorbie – usłyszałem nagle rozkołysany, ale zacięty głos.

Niezbyt entuzjastycznie odwróciłem głowę w kierunku, z którego dochodził. Pijak stał – choć może słowo „balansował” lepiej by pasowało – naprzeciwko mnie. Wyciągnięta dłoń poruszała się tak szybko i chaotycznie, że wątpię, czy gdybym nawet dał mu te pieniądze, byłby w stanie je wziąć. Twarz wykrzywiona była czymś, co zapewne miało być wyrazem wściekłości, ale pomieszane z alkoholem i niezbyt dobrym stanem zdrowia wyglądało bardziej jak żałosne, pozbawione nadziei, wołanie o pomoc.

-Spadaj – mruknąłem, po czym zwróciłem się do Artura – w sumie nieważne, kto i dlaczego zaatakował północ. Opowiedz mi jak tam jest.

-Okropnie. Większość osad została zniszczona. Bomby porozrywały budynki, a ogień dokończył dzieła. Nie ma tam już niczego, tylko grupki ocalałych próbujące przedostać się na południe, co też nie jest łatwe. Czasem można spotkać jakichś żołnierzy, ale niezależenie od tego, czy to nasi, czy nie, lepiej omijać ich z daleka. Często zresztą zwykli bandyci przebierają się za wojskowych.

-Kiepsko – wzruszyłem ramionami i skrzywiłem się. To mi bardzo nie pasowało.

-Słyszysz, co do ciebie mówię?! Daj mi tę cholerną piątkę, dupku – warknął pijak, wykazując się, w stosunku do poprzedniej wypowiedzi, rozczarowująco kiepskim słowotwórstwem.

-Wal się – odpowiedziałem znudzonym tonem, delikatnie go popychając.

Mężczyzna, po raz kolejny, wyłożył się na podłodze. Tym razem upadając zahaczył o inny stolik, co spowodowało odwrócenie go przez siłę bezwładności. Mebel nie ucierpiał, ale kolizja ramienia pijaka z twardym kantem wyglądała na w najlepszym wypadku bardzo bolesną.

-Jeśli złamałeś mu rękę, to przynajmniej trudniej mu będzie pić – z rozbrajającą szczerością zauważył Artur.

-Dla chcącego nic trudnego – odparłem, uśmiechając się ponuro – poza tym, zawsze ma drugą.

-Dopóki ktoś inny się za nią nie weźmie.

-Powiedz mi jeszcze, kiedy zaczęły się bombardowania? Czy jest szansa, że zanim tam dojdę, już się skończą? – pytałem, kończąc batonika. Cukier zaczynał powoli przedostawać się do krwi i poprawiać mi nastrój.

Mężczyzna przez chwilę po prostu patrzył na mnie, od czasu do czasu mrugając, jakby chciał przeczyścić sobie rogówkę, żeby upewnić się, że naprawdę tutaj jestem. Jakbym był jakimś legendarnym zwierzęciem, minotaurem, jednorożcem albo smokiem i sam fakt obserwowania mnie sprawiał, że należy poddać w wątpliwość prawdziwość rejestrowanego przez oczy obrazu. Na jego twarz powoli wstępowało bezbrzeżne, niesamowite niemal zdziwienie, na tyle silne, że nawet pomimo przykrywających oblicze wąsów i brody, sprawiało całkiem imponujące wrażenie.

-Ty naprawdę chcesz tam iść? – wykrztusił wreszcie, odsuwając się nieznacznie od stolika, jakbym był trędowatym i zdrowy rozsądek zmuszał do dyskretnego zwiększenia dzielącego nas dystansu.

-Gdybym nie chciał, nie pytałbym. Zwłaszcza że w zamian chcesz mi zabrać moją aspirynę.

-I chleb – mechanicznie przypomniał Artur, mimo że wyraźnie widziałem, iż jest tak zszokowany, że w tym momencie w ogóle nie obchodzi go zapłata za informacje.

-Owszem, ale lekarstwa są dotkliwszą stratą. Mimo wszystko trudno je dostać.

-Nie uda ci się. Jeśli nawet bombardowania się skończą, to teraz królestwo szabrowników i dezerterów. Zabiją cię i okradną – oznajmił, nachylając się, jakby chciał mnie dokładniej obejrzeć.

-Czyli promieniowanie i ludzie są moimi głównymi wrogami? – spytałem, zupełnie ignorując sugestię, że w ogóle nie powinienem się za to zabierać.

-Nie zapominaj o bombach, nie powiedziałem, że przestały spadać – odparł Artur – ale nie rób tego. Nie wiem, czemu tak bardzo chcesz tam pójść, ale nic nie jest warte takiego ryzyka. Rambo zesrałby się tam w gacie a potem strzeliłby sobie w łeb.

-Nie chcę iść nad samo morze – wyjaśniłem – oddalę się stąd o jakieś sto pięćdziesiąt kilometrów.

-To i tak za dużo – stwierdził mężczyzna, mrużąc oczy – trochę minęło, odkąd stamtąd uciekłem, ale wierz mi, tak zniszczone tereny szybko nie wrócą do normy. Nie ma tam jedzenia, picia, cywilizacji. Bez solidnych zapasów i porządnego uzbrojenia nie masz tam czego szukać.

-To oczywiste. A jak tam z drogami? Dojadę motocyklem?

Śmiech, jaki wyrwał się z płuc Artura nie miał nic wspólnego z wesołością. Nie był też szyderczy czy w jakikolwiek sposób negatywnie nacechowany. Powstał raczej jako wyraz zaskoczenia moją niesamowitą naiwnością i wiarą w to, że los będzie mi sprzyjał.

-W tych lejach po bombach będzie problem z terenówką. Jednoślad przyda ci się jeszcze do końca autostrady, dalej jest bezdroże. A w niektórych miejscach ziemia jest podziurawiona jak ser szwajcarski.

-Aha – skrzywiłem się jeszcze bardziej. Oczywiście, od początku wiedziałem, że to nie będzie łatwa podróż, ale spodziewałem się jednak, że dojadę motocyklem odrobinę dalej niż twierdził mój rozmówca.

-Już cię zniechęciłem? – spytał mężczyzna, uśmiechając się.

-Nie – odpowiedziałem, przyjmując wyraz twarzy, który dawał dobitnie do zrozumienia, że jakakolwiek dalsza dyskusja nie ma sensu. Pojadę tam, choćbym miał trafić w sam środek piekła.

-Szkoda… – mruknął Artur.

Zapewne chciał jeszcze coś dodać, ale kilkadziesiąt centymetrów znów rozległ się rozjechany przez wypełnioną po brzegi alkoholem ciężarówkę głos.

-Miałeś mi dać pieniądze, baranie.

-Odejdź ode mnie, rozumiesz? – odezwałem się, nie odwracając nawet głowy w jego stronę. To go jednak nie zniechęciło, bo zanim jeszcze ostatnie przepuszczone przez moje struny głosowe dźwięki rozpłynęły się w powietrzu, poczułem dotyk czyjejś ręki na ramieniu.

-Umawialiśmy się – pijak nadal chciał wyglądać groźnie, jednak było to niemożliwe zważając na to, że ledwo utrzymywał się na nogach, a jego zaczerwieniona, napuchnięta twarz wprawdzie sprawiała wrażenie, ale powodowała bardziej obrzydzenie i litość niż strach. Mężczyzna przypominał gigantycznego, gnijącego muchomora, świdrującego mnie dwiema białymi kropkami.

-Nie umawialiśmy się. Nie powiedziałeś wszystkiego co chciałem, po prostu sobie idź.

-Teraz to przesadziłeś – pijak zamachnął się i zachwiał, a ja, niewiele myśląc, wysunąłem rękę, delikatnie go popychając.

Tym razem nawet nie próbował utrzymać równowagi. Właściwie nie wiem, czy mechanizmy za to odpowiedzialne nadal działały, bo chwilę przed tym, jak rozłożył się na podłodze, nasze spojrzenia się skrzyżowały. A raczej moje padło na jego oczy. Oczy zupełnie szkliste, pozbawione blasku i jakichkolwiek oznak funkcjonowania. Nie pałały, jak wcześniej, pijaną nadzieją na wyżebranie pieniędzy zaś na rogówkach nie błąkała się już udawana siła. Były puste, jak głowa ich właściciela.

-Cholera, chyba coś mu się stało – stwierdziłem, patrząc na leżące obok stolika ciało. Ręce były rozrzucone w dziwny sposób, jakby kompletnie poddały się sile bezwładności.

-Nie żyje – powiedział Artur, powoli podnosząc się ze swojego miejsca.

-Co? Skąd możesz to wiedzieć? – spytałem lekko zszokowany. Nie było powodu, dla którego ten mężczyzna miałby nagle umrzeć.

Oczywiście, od początku nie wyglądał na zdrowego, ani nawet lekko chorego, ale przecież nic nie wskazywało na to, że jego nić życia ma zaraz zostać przecięta.

-Po prostu wiem. Widziałem już wiele zwłok, to tylko jedne z nich – odparł Artur z przerażającym spokojem, po czym zrobił kilka kroków w stronę martwego – to normalne w dzisiejszych czasach.

-To normalne w dzisiejszych czasach… – powtórzyłem zupełnie mechanicznie, podczas gdy myśli napędzające słowa po prostu biegały chaotycznie pomiędzy zakrętami mózgu, zderzając się ze sobą i momentalnie zabijając. Ciach – nie żyjesz.

Pilotaż

Nade(j)szła wiekopomna chwila. Jeśli pamiętacie wpis z 30 stycznia, dobrze wiecie, że od jakiegoś czasu zbieram się do rozpoczęcia publikowania opowiadania w odcinkach. Myślę o tym tak ze względu potencjalnej reklamy (może ktoś wreszcie odwiedzałby stronę regularnie) jak i z chęci przeprowadzenia pewnego rodzaju eksperymentu. Ciekawym będzie dodawanie nowych odcinków i słuchanie waszego odzewu. Poprawianie, przekształcanie, zbieranie informacji na bieżąco – dlatego też prosiłbym o dość zdecydowany odzew. Nie bójcie się komentować, pisać, jaki jestem świetny i składać propozycje matrymonialne. Ale przede wszystkim nie bójcie się wyrażania swojego zdania na temat tekstu i mówienia mi, co jest dobre, a co według was powinno zostać poprawione.

Pierwszym wyzwaniem dla was będzie powiedzenie mi, czy pierwszy fragment opowiadania jest dobry. Czy wam się podoba, nie zanudził was i czy faktycznie czuć tam przesiąknięty spalinami i krwią powiew wojny. Ucieszyłbym się z pięciu milionów komentarzy w ten czy inny sposób wypowiadających się na jego temat. Bo tak naprawdę tylko od nich zależy, czy będę kontynuował ten tekst. Jak widać w temacie wpisu – to pilotaż. Jeśli się nie spodoba (czyli nie powiecie mi o tym), zniknie z anteny.


Ale o czym to będzie? Cóż… Wojna nigdy się nie zmienia. Tak, korzystając z okazji, że współpraca z Trzynastym Schronem układa się tak sympatycznie i owocnie (jeszcze o nich usłyszycie), postanowiłem znów osadzić akcję w klimatach postapokaliptycznych. I to dość klasycznych, bo znów mamy wojnę. Tylko że ten konflikt nie skończył się sto lat temu, a ludzkość nie przetrzymała go chowając się w kryptach i gubiąc hydroprocesory. On nadal – choć w schyłkowej fazie – trwa. Wymknął się już kompletnie spod kontroli, jest prowadzony bez sensu, chaotycznie, głupio, ale nadal trwa. I to właśnie chciałem ukazać – chaos. Uczucie kompletnego wariactwa, tego, że wraz ze światem, umarł też zdrowy rozsądek.

Oczywiście, nie chcę na siłę ugrzeczniać tekstu. Będzie naturalistycznie, czasem brutalnie i ogólnie niezbyt optymistycznie. Chociaż pozytywny przekaz się pojawi – w końcu nie chcę, żeby czytelnicy zaczęli przysyłać mi czarne szminki i żyletki. Chciałbym też, żeby opowiadanie było łatwiejsze do strawienia niż Edgar, co jednak nie znaczy, że nie znajdziecie w nim pewnych ilości rozmyślań. Ale będzie też akcja. Obiecuję.

Po tym przydługim wstępie nadszedł czas na ostatnią kwestię. Tytuł. Opowiadanie nie ma jeszcze tytułu. Dlaczego? Bo chciałbym, żebyście to wy go wymyślili. Proszę o sugestie w komentarzach – oczywiście, jak akcja już się trochę rozkręci i będziecie wiedzieć o czym mowa.

Opowiadanie publikowane będzie co poniedziałek – skoro nikt go nie lubi, to może to trochę poprawi jego wizerunek – w kategorii Opowiadanie w odcinkach. Po zakończeniu publikacji prawdopodobnie usunę wszystkie wpisy, a sam tekst trafi do działu Opowiadania. Życzę miłej lektury.



Od tego momentu można czytać

Facet był chory. Gdyby nie fakt, że niezbyt się na tym znam, obstawiałbym raka żołądka – biorąc pod uwagę ilości alkoholu – i to nie jakiegoś ekskluzywnego, dobrze oczyszczonego, a zwykłych ścieków – i ogólne warunki panujące na świecie. Siedział naprzeciwko mnie, wlewając w siebie kolejne litry trucizny, zaś wylewając z siebie nieskończony potok słów, zbyt już poplątanych i zniszczonych, by mogły kiedykolwiek stać się trucizną.

Za oknem szli ludzie. Setki, jeśli nie tysiące osób przebierających nerwowo nogami, niejednokrotnie ciągnących za sobą zmęczone, płaczące dzieci, które od kilku dni nie miały niczego w ustach. Ich nogi błagały o litość pewnie nie mniej niż żołądki, gdyż trzeba się było spieszyć – przed zmrokiem uchodźcy musieli dojść w jakiś choćby częściowo cywilizowany obszar, żeby ktoś dał im schronienie i obronił przed bandytami. Noce o tej porze roku nie były przyjemne – rzec można nawet, bez cienia przesady, że wręcz zabójcze. Niskie temperatury, deszcze i podmuchy zimnego wiatru, który można by porównać do rozwścieczonego wahaniami ciśnienia potwora roznoszącego drobinki wody z zamkniętymi w nich, jak w małych inkubatorach, bakteriami, z pewnością zebrały znacznie większe żniwo niż kule żołnierzy, eksplozje bomb czy którykolwiek rodzaj promieniowania Busheya. Mimo swojej biegłości w zabijaniu, człowiek nadal nie dorównuje naturze. Do momentu, w którym wynajdzie coś, co mogłoby uśmiercić i ją.

Środkiem autostrady od czasu do czasu, z ogromną szybkością, przemknął jakiś motocykl – w obliczu niesamowitego wręcz deficytu benzyny, tylko na nich opłacało się jeździć. Samochody, przedwcześnie zdetronizowani królowie szos, stały jeszcze w niektórych miejscach pokrywając się powoli rdzą i drobinkami czasu, pyłkami, które za kilka miliardów lat analizować będą nasi potomkowie. Albo jakaś inna, mądrzejsza cywilizacja – co wcale by mnie nie zdziwiło.

-Przed czym uciekają? – spytałem mojego rozmówcę, kiedy ten przełknął kolejny łyk alkoholu zsyntetyzowanego przez właściciela wątpliwej reputacji knajpy, w której się znajdowaliśmy.

Spoglądałem na stojąca przed nim butelkę z odrobiną odrazy, sam nie wiem, czy jej powodem był nieokreślony, szarawy kolor płynu, czy może fakt, że w takim miejscu ciężko było o napój, który nie byłby w jakimś stopniu trujący. Sprzedawca pewnie trzymał gdzieś w piwnicach wodę pitną, ale na pewno nie serwował jej swoim klientom. Oni prawdopodobnie za ogromne pieniądze dostawali w najlepszym wypadku pełną bakterii deszczówkę albo wydestylowany z płynów do mycia szyb alkohol, tyleż niesmaczny, co szkodliwy.

-Jak to przed czym? Przed wojną. To nie słyszałeś, że na północy znowu zaczęli bombardować? I to ostro, ostro jak cholera… – wzrok mojego rozmówcy był już lekko zamglony. Głos prześcigał go w zdradzaniu objawów upojenia sprawiając, że słowa ledwo dało się rozumieć. Zlewały się w nieregularnym bełkocie przeciągniętych, posklejanych i poplątanych ze sobą głosek, występujących w znacznie mniejszej ilości niż zakłada to język polski, ale przedłużonych do groteskowych rozmiarów, co sprawiało, że potok słów, jaki wylewał się z jego ust brzmiał jak jedno. Cholernie długie, zawiłe i raniące próbujący je rozszyfrować mózg.

-Skąd wiesz?

-Jak to? – mężczyzna wyglądał na urażonego samym faktem, że go o to pytam – byłem tam. Właśnie stamtąd spieprzam. Zatrzymałem się tutaj dzień, może dwa temu. Wiesz, żeby się trochę napić. A właśnie, nie miałbyś pożyczyć piątki na nową flachę?

-Dostaniesz, jak powiesz mi wszystko, o czym chcę wiedzieć – zapewniłem.

Owszem, najlepiej dla niego byłoby w ogóle odebrać mu nawet to co ma i wykopać z tej speluny, zanim jego serce zbuntuje się i przestanie pompować cuchnącą najniższej jakości bimbrem krew, ale nie miałem teraz czasu zajmować się jakimiś przydrożnymi pijakami. Może kiedyś, kiedy – jeśli – będę tędy wracał, postawię go do pionu. Ale wtedy pewnie już go tutaj nie będzie. Tutaj ani gdziekolwiek indziej w królestwie żywych.

-Mówię ci – zaczął znowu – tam jest kompletny burdel. Flaki latają, ziemia lata, kamienie latają, samoloty… Przesrane. Podobno nawet atomówki zaczęli zrzucać. Tak coś raz gruchło, że myślałem, że mi uszy popękają… Czekaj, czy uszy mogą popękać?

-Nie wiesz może dlaczego ktoś miałby bombardować Pomorze? Znowu? Przecież tam już nic nie ma – spytałem, ignorując jego idiotyczny problem językowy.

-A kogo to obchodzi? Teraz to już tylko żeby napieprzać. Napieprzać w ropę i olej, i wodę, kurde, daj tę piątkę, bo się normalnie…

-Nie rób tego – odezwał się nagle jakiś głos, przebijający się z trudem przez zamęt panujący w kiepsko odizolowanym od zgiełku ulicy pomieszczeniu.

Odruchowo odwróciłem głowę w stronę jego źródła. Mój dotychczasowy rozmówca w ogóle nie zareagował, bełkocząc coś do siebie – a może do mnie? – i powoli zarzynając resztki swojej godności.

-Kim jesteś? – spytałem stojącego przede mną człowieka.

Pamiętajcie o waleniach

Początek kwietnia, za oknem śnieg i małe gołębie, a w głowie tyle pomysłów. Pomysłów, jak mógłbym uczcić dzisiejsze święto. Zgodnie z tradycją powinienem bowiem zażartować sobie z was w jakiś okrutny sposób. I miałem to zrobić – wraz z kiepskim dowcipem dorzucić nowe opowiadanie, ale zdecydowałem inaczej.

Od jakiegoś już czasu przygotowuję komiks internetowy oparty na absurdalnym, momentami głupim humorze. Komiks zainspirowany przez największych myślicieli naszego świata, przez postęp techniczny, podręcznik do biologii i te małe książeczki z napisem „Poczytaj mi mamo”. Komiks, w którym zawarte są metaforycznie opisane losy ludzkości jako ogółu i każdej jednostki z osobna. Komiks, w którym znajdziecie odbicie siebie, to małe, nieuchwytne uczucie, które niektórzy zwą sensem życia, inni zaś – sałatką owocową. Nie lubię sałatki owocowej – może stąd dekadencki powiew w tym, co teraz piszę.

Słowem – nie byłoby lepszego dnia na rozpoczęcie publikacji zabawnego z założenia komiksu niż pierwszy kwietnia. I nie byłoby lepszej nazwy dla komiksu niż „Karma dla waleni” (słyszałem, że Frank Miller miał nazwać swój najgłośniejszy komiks o Batmanie „Karma dla waleni”, ale ostatecznie stanęło na „Powrocie Mrocznego Rycerza”. Jego strata). Czytajcie więc karmę i cieszcie się jak dzieci zwariowanymi przygodami morskich ssaków.
Link

Zagadka Sfinksa

Co to za zwierzę, obdarzone głosem, które z rana chodzi na czworakach, w południe na dwóch nogach, a wieczorem na trzech?

Tą oto zagadką chciałem oznajmić, że „Edgar” jest kandydatem do nagrody Sfinks. Na stronie nagrody można zagłosować na swojego faworyta w kategoriach: Książka roku, Powieść roku (zarówno polska jak i zagraniczna) oraz Opowiadanie roku (także rozgraniczone na polskie i zagraniczne). Dziękuję każdemu, kto zechce oddać swój głos.

Życzę powodzenia

Szczerze życzę powodzenia bohaterowi tego i tego artykułu. Oczywiście, na dzień dzisiejszy całe przedsięwzięcie jest skazane na niepowodzenie (zwłaszcza gdyby chcieć faktycznie zamiast umieszczać mózg w syntetycznym ciele, przegrać świadomość na jakiś enigmatyczny nośnik), ale może ten pomysłowy Rosjanin położy swoją cegiełkę pod zbudowanie tego, co uratowało życie Edgara. I mówię to z autentyczną ciekawością i nadzieją, że może przy okazji snucia fantazji o nieśmiertelności, coś naprawdę przydatnego zostanie wynalezionego lub odkrytego.

A jak wygląda sprawa z samą nieśmiertelnością? Niestety, chyba dość krucho, bowiem ludzki mózg jest organem jak każdy inny i w takim samym stopniu się starzeje. Komórki nerwowe u dorosłego człowieka nieustannie umierają, i to w ilościach dość hurtowych i trudno szukać czegoś, co mogłoby je zastąpić. Zresztą, sama kwestia manipulowania biologicznym materiałem tworzącym ten najcenniejszy z narządów jest na tyle dyskusyjna, że zanim ktokolwiek zdążyłby pomyśleć o jakichkolwiek modyfikacjach, przyczepiłyby się do niego chyba wszystkie istniejące na świecie komisje etyczne. Mózg więc, prędzej czy później, umarłby – pozostaje tylko pytanie kiedy i w jaki sposób. Gdyby bowiem miało się to odbywać na zasadzie sukcesywnego obniżania sprawności umysłowej, należy też zastanowić się nad sensownością całego przedsięwzięcia.

Przeniesienie ludzkiej świadomości na jakiś nośnik danych jest natomiast pomysłem niezbyt trafionym. Niezależnie bowiem od światopoglądu, tego czy wierzy się w jakąkolwiek formę metafizycznego aspektu istnienia, nie można stwierdzić, czy osoba, której zafundowałoby taki zabieg, faktycznie przeniosłaby swoje istnienie do świata elektrycznych impulsów krążących po układach komputera. Może w rzeczywistości umarłaby – a tego przecież chcemy tego uniknąć – a na dysku został tylko ciąg bitów, który – mimo iż zachowywałby się podobnie – nie miałby już z człowiekiem nic wspólnego. Dyskusyjny jest zresztą sam pomysł – jego realizator znów miałby do czynienia z tabunami etyków mniej lub bardziej chcących zaszlachtować jego ideę plastikową łyżeczką. I miałby szczęście, gdyby faktycznie chodziło im tylko o ideę.

Fakt, dokładnie taki problem poruszany był w nieskończonej ilości powieści czy filmów science-fiction, a i ja pewnie nie raz się z nim zderzę. Niestety, większość z rzeczonych dzieł potraktowała samą jego podstawę niesamowicie płytko – nie wyłączając tych, które z założenia miały poruszać trudne tematy. Nawet to, co zostało powiedziane w Ghost in the Shell niespecjalnie mnie usatysfakcjonowało. Ale żeby w ogóle się nad tym zastanawiać trzeba by odpowiedzieć sobie na wiele, często wręcz – używam tego słowa z prawdziwą niechęcią – filozoficznych pytań o samą naturę istnienia człowieka i tego gdzie się ono zaczyna, a gdzie kończy, zaś na to w tym, jakże krótkim artykuliku, nie ma miejsca. Ale kiedyś pewnie zajmę się tym tematem. Zwłaszcza że jest niezwykle ciekawy i z chęcią do niego powrócę tak w charakterze autora tekstu, jak i jego odbiorcy.

Czy więc Edgar będzie miał konkurenta? Czy jeśli ktoś wpadnie pod pędzący wagonik metra, będzie mógł liczyć na drugą szansę? Cóż, w najbliższym czasie prawdopodobnie nie, ale czyż jeszcze nie tak dawno ludzie nie umierali z powodu otwartych złamań, które dziś leczy się praktycznie rutynowo? Mając to w pamięci, jestem dobrej – albo złej, w zależności od punktu widzenia – myśli, ale zdecydowanie powstrzymałbym się od stwierdzenia, że stanie się to za 10 czy nawet 100 lat. Poza samą kwestią przeniesienia żywego mózgu do ciała robota istnieje bowiem cała masa problemów. Problemów o których już napisałem tutaj, więc nie będę się powtarzał.

Ciąg dalszy w następnym odcinku

Zbliża się drugi miesiąc w roku, więc pora na drugą aktualizację. Jak widać, metabolizm strony wzrasta. Akcja serca powoli przyspiesza, co poskutkować może pewnymi zmianami w częstotliwości pojawiających się wpisów. Zmianami, mam nadzieję, pozytywnymi.

Rozpoczynając, ośmielę się nawiązać do tematu, który od ładnych paru tygodni nie schodzi z ust niemalże całego Internetu. I jeśli duże A rozpoczynające jakiś skrótowiec powoduje już u ciebie mdłości, omiń ten akapit i przejdź do następnego. Osobiście ACTA nie popieram, bowiem jest to – i nie są to moje słowa, a wielu prawników – kiepsko napisany, bardzo ogólnikowy tekst, który przy odrobinie złej woli mógłby zaszkodzić mojej prywatności albo w inny sposób utrudnić życie w sieci. I chyba nie ma potrzeby nic dodawać czy omawiać – ot, moja opinia, która pewnie niewiele osób obchodzi – więc można powoli zbliżać się do meritum.

Rzeczony akt prawny miał w założeniu podjąć skazaną na przegraną walkę z piractwem komputerowym. Czemu skazaną na przegraną? Przede wszystkim metoda dystrybucji, którą chcą nam narzucić niektóre środowiska jest kompletnie anachroniczna – w epoce szybkiego Internetu, ogromnych i stosunkowo tanich serwerów i bardzo łatwego dostępu do technologii, informacji czy jakichkolwiek treści płyta z muzyką, filmem czy grą komputerową (oczywiście zabezpieczona tak, że uczciwy nabywca ma poważny problem z korzystaniem z niej, a pirat śmieje mu się w twarz, bo nie dość, że ma ją za darmo, to jeszcze bez DRMów czy innych genialnych wynalazków) staje się powoli nośnikiem niszowym. I zamiast z tym walczyć, pora przystosować się do nowego modelu dystrybucji. Ludzie chcą treści tanich, dostępnych bez ruszania się z fotela i cyfrowych, w dodatku należących do nich, bez wmawiania, że wymaganie połączenia z Internetem do uruchomienia programu czy ograniczenie e-booka do jednego czytnika jest koniecznością.

Dlatego więc uważam, że zamiast walczyć z piractwem powinno się je jakoś ucywilizować. Przestać liczyć wirtualne pieniądze, których i tak by się nie dostało – nie oszukujmy się, jeśli ktoś chce kupić towar i tak to zrobi, a jeśli nie, to najwyżej go zignoruje – a zacząć ten potężny żywioł ujarzmiać. Nie jestem specjalistą od marketingu – w tej dziedzinie wyprzedziłby mnie pewnie kryjący się gdzieś na łące ślimak winniczek – ale nawet ja dostrzegam, że czasem popularność wśród piratów może zrobić lepszą reklamę niż jakakolwiek akcja promocyjna, czego przykładów nie trzeba daleko szukać. Żeby pokazać chociaż jeden, przenieśmy się do Szwecji, do domu znanego w świecie gier niezależnych milionera, który otwarcie mówi, że nie widzi w nielegalnym kopiowaniu jego tworu niczego złego, wręcz przeciwnie, gdyż takie działanie tylko pompuje balon gigantycznej popularności Minecrafta, bo to o nim oczywiście mowa.

Ale zamiast przeszkadzać szczęśliwemu programiście w liczeniu pieniędzy może wyjaśnię do czego zmierzam. Mimo iż książka papierowa jeszcze się trzyma i – jako chyba ostatni analogowy nośnik – długo jeszcze będzie dzielnie walczyć z digitalizacją (miejmy nadzieję, że nie podda się nigdy i że za dwadzieścia, dwieście czy dwa tysiące lat będzie można tak samo łatwo dostać książkę tradycyjną jak i elektroniczną) też nie może umyć swoich celulozowych rąk od problemów świata cyfrowego. Osobiście nie będę ukrywał, że zależy mi na sprzedaży – nie chodzi nawet o pieniądze, ale o statystki dla wydawnictwa. Im lepiej sprzeda się Edgar, tym szerzej wydawcy będą się uśmiechać, kiedy zaproponuję im wypuszczenie kolejnej powieści. Jeśli jednak znajdzie się ktoś kto to czyta i chciałby zapoznać się z losami Edgara, ale naprawdę nie może kupić książki, to proszę o to, by pożyczył ją z biblioteki, a potem, przy byle okazji, powiedział swoim znajomym, że ostatnio trafiło mu się takie fajne czytadło i że może warto byłoby się nim zainteresować. W ten sposób pomoże mi w reklamie i jednocześnie sprawi mi zaszczyt poświęcając czas, by przebrnąć przez te 256 stron. Nawet jeśli się nie spodoba – z przyjemnością przyjmę list z pogróżkami.

Ale czy chodzi tylko o to? Oczywiście że nie, gdybym chciał jedynie powiedzieć, że nawet nie płacąc mi można mnie wspomóc, moglibyście spokojnie napisać „No shit Sherlock” i pomstować, że zmarnowałem wasz cenny czas podstępnie skłaniając do czytania tych bzdur. Chciałbym wysunąć pewną śmiałą propozycję i jednocześnie zaproponować swojego rodzaju eksperyment. Żeby jeszcze bardziej namieszać – wszak zwykły wpis informacyjny przerodził się w coś w rodzaju artykułu, więc czemu nie rozwinąć tej konwencji – tym razem przenieśmy się w czasie. Do 1887 roku, kiedy to w Kurierze codziennym ukazał się pierwszy odcinek znakomitej książki jeszcze znakomitszego autora – Lalki. I nie wspominam tego po to, by przypomnieć wszystkim o Prusie – choć przy okazji i tak to zrobiłem – ale poinformować, że o ile dotąd na mojej stronie pojawiały się pełne, najczęściej dość stare, teksty, to tym razem chciałbym zabrać się za publikację czegoś stosunkowo nowego i wydawanego w odcinkach, podobnie jak jedna z najlepszych polskich powieści XIX wieku. Żeby usprawiedliwić swoje bredzenie o piractwie i potrzebie przystosowania się do nowej formy dystrybucji wspomnę też, że tekst dostępny będzie zupełnie za darmo, a jedynym, o co proszę jest zakupienie Edgara jeśli się spodoba. Jeśli nie – oferta przyjęcia listów z pogróżkami jest nadal aktualna. Prawdopodobnie nie byłaby to wielka powieść – nie chciałbym wikłać się w tak skomplikowaną historię kiedy pierwszy raz eksperymentuję z fragmentowaniem jej i uwalnianiem w trakcie pisania – ale ze zrozumiałych względów tekst nieco dłuższy.

I korzystając z okazji – osobom, które doczytały do tego miejsca należy się jakieś odznaczenie – chciałbym spytać wszystkich zainteresowanych, jeśli tacy się znajdą, o opinię na ten temat. Bo na razie jest to po prostu luźny pomysł. Cenne będą wszystkie rady, od tych dotyczących strony technicznej (np.: jaki format byłby najwygodniejszy) aż po sugestię, jakiego typu historia byłaby najmilej widziana.

Jeśli wszystko pójdzie dobrze, postaram się jak najszybciej poinformować o efekcie mojego małego projektu.

Powrót do góry