Tym razem dowiecie się nieco więcej o teoretycznych podstawach tego, co stało się ze światem i o tym, jak przebiegała wojna, która go zniszczyła, oraz poznacie nowego bohatera. Korzystając z okazji, że to już trzeci odcinek – a do trzech razy sztuka – chciałbym spytać, czy to, co już powstało się podoba i warto to kontynuować. Planuję bowiem prowadzić pilotaż jeszcze przez dwa odcinki, a potem zdecydować, czy prowadzić serię dalej.
PS: Konia z rzędem temu, który odgadnie, komu Sam Bushey zawdzięcza swoje nazwisko i, po części, imię. Była kobietą, jak Kopernik, a w dodatku drugoplanową bohaterką książki.
Szymon czuł się stary. I mimo że wiele osób w życiu nie użyłoby w jego przypadku tego określenia, uważał je za najlepsze, jakim można go opisać. W ciągu swojego pięćdziesięcioczteroletniego – w tym miejscu zaprotestowałyby kolejne osoby – życia zrobił dokładnie to, co planował, a nawet jeszcze więcej. Zyskał wszystko, a potem wszystko stracił, zaś teraz chciał tylko spokojnie dożyć końca swoich dni w tym małym domku w pobliżu autostrady. Autostrady, która kiedyś mimo bycia najdłuższą w kraju, budziła śmiech zagranicznych turystów, a teraz, na tle popękanej i podziurawionej przez bomby mapy Europy, prezentowała się całkiem nieźle, sunąc sobie spokojnie przez środek Polski i – w jego mniemaniu – wyznaczając, gdzie jest wschód a gdzie zachód lepiej niż zrobiłaby to Wisła.
Kiedyś, w o wiele lepszych czasach, Szymon pobierał opłaty za przejazd. Nie był to może zawód szczególnie szanowany przez społeczeństwo, ani opłacalny, ale lubił go, bo dawał mu względna stabilizację nie zmuszając do kombinowania. Nie lubił kombinować – zrobiłby wszystko, gdyby tylko ktoś mu zagwarantował, że będzie miał się za co utrzymać już do końca życia i że jego praca nie będzie szczególnie niebezpieczna. Podczas gdy koledzy próbowali przenieść się za wszelką cenę gdzie indziej, męcząc się z dodatkowymi kursami czy rozsiewaniem CV jak grzyby zarodników, on żartował sobie, że będzie zbierał opłaty za przejazd do końca świata, a może nawet jeden dzień dłużej.
I słowa dotrzymał – koniec świata nastąpił, a on nadal siedział w maleńkim budyneczku postawionym koło drogi i wypatrywał, czy jakiś motocykl – bo innych pojazdów raczej się już nie spotykało – nie próbuje nielegalnie przekroczyć jego posterunku. Czasem nawet dostawał za to jakieś pieniądze – choć większość administracji rozpadła się w pył od licznych eksplozji, to raz na kilka miesięcy ktoś przypominał sobie o mężczyźnie niezmordowanie wykonującym dla państwa kompletnie bezużyteczną pracę. Przychodził wtedy do niego smutny, zaniedbany urzędnik, żeby odebrać ściągnięty przez Szymona haracz – przynajmniej tę część, która nie została wydana na jedzenie – i dać mu jakieś drobne. Cała sytuacja była tyleż absurdalna, co wygodna – Szymon miał za co żyć i nie musiał ruszać się z domu.
Przeszedł już wystarczająco dużo, żeby odechciało mu się jakichkolwiek wędrówek. Był już zdecydowanie za stary na takie eskapady. Wolał siedzieć sobie tutaj, pobierając opłaty – częściej wyglądające bardziej jak handel wymienny, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie płacił tak po prostu za przejazd – i czekając na kolejny koniec świata. Może kiedyś dostanie medal złotego pracownika – w końcu mało kto wiernie zagrzewa jeden stołek mimo dwóch armageddonów za pasem.
Dzisiaj było nudno – jak zwykle, co też Szymon w tej pracy kochał. Droga, zupełnie pusta, przywodziła na myśl stare piosenki, takie jak „Highway to hell” czy podobną tytułem, ale nie treścią „Road to hell”. Zwłaszcza, że często można było na niej zobaczyć istoty do złudzenia przypominające piekielne bestie, te ze średniowiecznych obrazków oraz strąconych do Tartaru z ilustracji do antycznych dzieł. Zdeformowane, rozszczepione twarze, uszkodzone, niewidzące oczy i dziwne, powykrzywiane sylwetki były w dzisiejszych czasach normą. To potworne pamiątki po tym, co tak naprawdę rozpoczęło tę wojnę – promieniowaniu Busheya.
Samuel Bushey, gdyby historia była dla niego łaskawsza, zapisałby się złotymi zgłoskami jako wybitny amerykański biofizyk, pracujący nad nowatorską metodą leczenia nowotworów. Eksperymentował z różnymi rodzajami promieniowania, by udoskonalić tak skalpele laserowe, szeroko rozpowszechnione wśród chirurgów, jak i równie popularne urządzenia zwane gamma knife. Ich zasada działania była prosta – wiązki promieni gamma emitowane dookoła pacjenta, na tyle słabe, by nie uczynić mu żadnej krzywdy, ogniskowały się w jednym, precyzyjnie zaplanowanym miejscu, aby tam, łącząc swoją siłę, niszczyć zmutowane komórki.
Bushey zastanawiał się, czy nie istnieje lepsze promieniowanie, bardziej selektywne lub bardziej skuteczne, wystarczająco przenikliwe, by przeszyć człowieka, ale też na tyle słabe, by nie wyrządzić mu większej krzywdy. Lata badań doprowadziły do rewolucyjnego odkrycia – uczony opracował coś, co co prawda nie do końca zgadzało się z jego wizją, ale było kompletną nowością w świecie nauki, rzucając światło na kilka nie do końca jasnych kwestii i podważając inne. Szymon nie wiedział, o co dokładnie chodziło – fizyka raczej niezbyt go interesowała – ale okazało się na tyle istotne, że pracą Busheya zainteresowali się ludzie związani z obronnością USA.
Sam uczony niezbyt cieszył się z tego faktu, bowiem promieniowanie, które odkrył, mogło być w równym stopniu błogosławieństwem co przekleństwem. Niszczyło bowiem kwas DNA, co więcej, można je było skupić w bardzo jednolitą, spolaryzowaną wiązkę – w tym aspekcie bardzo przypominało światło laserowe. Bushey nie wiedział, co powoduje tak wielką selektywność promieni – oddziaływały niemal wyłącznie z podwójną helisą tworzącą ludzki materiał genetyczny – ale wszystkie eksperymenty zdawały się potwierdzać ten fakt.
Napromieniowane komórki błyskawicznie obumierały, najczęściej na skutek zaprogramowanej jeszcze przed ich zróżnicowaniem sekwencji autodestrukcji uruchomionej przez krytyczne uszkodzenie DNA. Po prostu rozpadały się na kawałki wypełnione cytoplazmą wraz z niezniszczonymi organellami, co pozwalało na ich łatwe wchłonięcie lub strawienie – stwarzało to sytuację idealną do niszczenia nowotworów. Ale też, przy odpowiedniej dawce złej woli, pozwalało w sprytny sposób bardzo szybko uśmiercić jakiegoś człowieka. Dodatkowo, emitery promieniowania dało się skonstruować w ten sposób, żeby ich wielkość nie przekraczała zwyczajnej walizki. W obliczu tego, że świat jeszcze nie wiedział o epokowym odkryciu, stanowiło bardzo skuteczną i praktycznie niewykrywalną broń. Co wysoko postawione osoby, oczywiście, wykorzystały.
Szymon nie miał pojęcia jak prawa do korzystania z wynalazku przeszły z Samuela na armię USA, tym razem nie dla tego, że go to nie interesowało, ale dlatego, że brzydził się takimi zabiegami. Stało się to bowiem wbrew woli samego uczonego, prawdopodobnie tylko dlatego, że odpowiednio silne osoby dostatecznie mocno pociągnęły za niektóre sznurki. Technologia, którą opracował naukowiec została mu więc zarekwirowana, a on sam zobligowany do milczenia. Złamanie tej narzuconej siłą umowy skutkowałoby, jak przyznał później w którymś z wywiadów, ekspresowym wyrokiem śmierci z pominięciem takich bzdur jak proces sądowy czy w ogóle poinformowanie o tym jakichkolwiek prawników.
Nadanie promieniowaniu nazwiska odkrywcy było według Szymona ostatecznym aktem szyderstwa. Napluciem mu w twarz i z obrzydliwą miną poinformowaniem, że ewentualnie mogą uznać jego autorstwo, ale z samym dziełem i tak zrobią co chcą. I zrobili – kilkoma przyciskami rozpoczęli najgorszą, największą i najbardziej niszczącą wojnę w historii ludzkości. Wojnę trwającą, z małymi przerwami, do dziś, kiedy już wszystko, o co można walczyć zostało dawno zniszczone. Pozostały tylko żałosne strzępki honoru, którego ludzie wysyłający innych na śmierć w imię narodu, ale zbyt tchórzliwi, by wychylić choćby czubek nosa ze swoich przesadnie ufortyfikowanych siedzib, i tak nie mieli.
A zaczęło się niewinnie, od kilku tajemniczych śmierci ludzi podejrzanych o sprzyjanie terrorystom. Także paru przywódców państw nie do końca zgadzających się z polityką USA zginęło zaraz po swoich publicznych wystąpieniach – nikt oczywiście nie wykrył nieznanego nauce promieniowania. Nikt też nie podejrzewał, że zabójcami byli ludzie siedzący przed telewizorami kilkadziesiąt metrów dalej. Ludzie, którzy w odpowiednim momencie uruchomili emiter i ustawili go tak, by wiązka przeniknęła ściany ich domów, wszystkie stojące na jej drodze przeszkody, a potem poszatkowała DNA mózgu celu, doprowadzając do masowego obumierania koniecznych do życia komórek. A potem, kiedy wszystko już wyszło na jaw, rozpętało się piekło.
Państwa zaatakowane przez USA w tej cichej wojnie zjednoczyły się i zadecydowały, że takie działania nie mogą pozostać bez konsekwencji. Atakujący i sojusznicy, oczywiście, nie chcieli się na to zgodzić twierdząc, że wszystkie te wydarzenia – zabicie z chirurgiczną precyzją kilkudziesięciu strategicznie ważnych osób – były nieszczęśliwym wypadkiem i nieudanym eksperymentem. Brak porozumienia doprowadził do agresji oraz analogicznej akcji dywersyjnej. Broniące się kraje w niejasnych okolicznościach wchodziły w posiadanie emiterów zabójczego promieniowania i w ten sam, elegancki sposób, pozbywały się członków amerykańskiego parlamentu. O tym co się działo potem, historycy, gdyby akurat nie uciekali przed tym czy innym bombardowaniem, spieraliby się do dziś.
Ważnym jest tylko to, że do walki wkroczyły także te starsze narzędzia zagłady, z bronią jądrową i konwencjonalnymi rakietami włącznie. Wszystko to razem wzięte zamieniło kwitnącą życiem Ziemię w jeden wielki lej po bombie, a niegdyś dumną cywilizację władców świata w zastraszone, biegające z miejsca na miejsce stada, prowadzące koczowniczy tryb życia i z całego serca nienawidzące ukrytych w stolicach każdego z państw władców marionetek, mrocznych, niemal legendarnych przywódców. Teraz bowiem wojna toczyła się między nimi, pomiędzy skąpanymi w cyfrowym blasku wyświetlaczy komputerowych twarzami, w skupieniu przeglądającymi mapy taktycznie i nie wiedzącymi – czy raczej nie chcącymi wiedzieć – jak wygląda sytuacja na zewnątrz.
Nad całym tym chaosem wisiało widmo promieniowania Busheya. Rzucona na nas przez naturę klątwa, której nikt z naukowców, być może przez pośpiech z opracowaniem broni opartej na nowoodkrytych promieniach, nie przewidział. Sprawa nie była bowiem tak prosta, jak wydawało się Samuelowi – owszem, odkryta przez niego wiązka była doskonale spolaryzowana, zogniskowana i jednolita – strzelało się nią jak laserem, mając pewność, że popędzi właśnie tam, gdzie się ją wycelowało i nie trafi w nic innego. Wykonywane na szybko testy nie wykazały jednak, że od tej właśnie wiązki rozchodzą się we wszystkich kierunkach koliste fale innego, trudniejszego do wykrycia i łagodniej działającego promieniowania. Nazwano je Bushey-II, w odróżnieniu od pierwotnego, jednolitego Bushey-I.
Do wykrycia promieni Bushey-II potrzeba było nieco innych detektorów niż w przypadku ich starszych braci. Efekt działania, co prawda, też był nieco inny, ale generalnie opierał się na tej samej zasadzie – fale uszkadzały DNA, z tą małą różnicą, że nie robiły tego w tak agresywny i gwałtowny sposób, jak Bushey-I, a raczej selektywnie, dość finezyjnie, modyfikowały poszczególne nukleotydy, powodując niezwykle liczne i trudne do przewidzenia mutacje. I to właśnie one zwróciły wzrok naukowców w stronę, z której nie spodziewali się żadnego zagrożenia – na terenach, na których użyto zabójczej broni nowej generacji, niepokojąco wzrosła częstotliwość zachorowań na wszelkiego rodzaju nowotwory, zmalała natomiast ilość donoszonych do porodu ciąż. Płody dosłownie rozpadały się w macicach swoich matek, najczęściej także dotkniętych działaniem Bushey-II, a jeśli wytrzymywały wystarczająco długo, by się urodzić, najczęściej cierpiały na co najmniej kilka mniej lub bardziej ze sobą związanych wad rozwojowych.
Kiedy jednak zostało to zauważone, było już za późno na podjęcie konkretnych działań mających pomóc chorym noworodkom – wojna szalała już z pełną siłą, angażując bez reszty i bez tego nie wyrabiającą ze wszystkim służbę zdrowia. Ludzkość musiała więc pogodzić się z tym, że na świat przychodziło będzie znacznie mniej osób, a szczęśliwcy, którym uda się przetrwać okres przed narodzinami, i tak prawdopodobnie umrą w przeciągu kilku tygodni od zaczerpnięcia pierwszego oddechu. Całą sytuację pogarszał fakt, że mimo odkrycia promieniowania Bushey-II, nieodłącznie towarzyszącego Bushey-I, nie zaprzestano używania eleganckiej i jednocześnie niezwykle zabójczej broni na nim opartej.
Nadal zabijano z ukrycia, precyzyjnie naświetlając niezbędne do życia organy i skazując je na zniszczenie i pociągnięcie za sobą w paszczę śmierci ich właściciela. A zdradliwe, okrągłe fale, nadal były emitowane przez główną, służącą mordercom wiązkę. Rozchodziły się we wszystkie strony, trafiając każdego znajdującego się w pobliżu człowieka i robiąc niezłe zamieszanie w jego genach. Oczywiście, istniała całkiem spora liczba osób, którym pojedyncze bombardowanie promieniami Bushey-II nie czyniło większej krzywdy – uszkodzone komórki albo naprawiały się odpowiednio szybko, albo były natychmiastowo usuwane, zanim podzielą się i przekażą wadliwy materiał swoim potomkom. Niestety, równie duża grupa ludzi reagowała na tego typu działania bardzo gwałtownie – od wykazywania objawów typowej choroby popromiennej, po rozwinięcie się nowotworów.
Tajemnicą poliszynela jest też to, że w niektórych miejscach po prostu nie dało się nie przyjąć dawki promieniowania niebezpiecznej nawet dla najbardziej odpornych. Popularność broni opartej na Bushey-I, potęgowana tym, że mimo dość już powszechnej obecności detektorów, nadal trudno je było wykryć, sprawiała, że często wypierano z pamięci fakt, że używając tego typu uzbrojenia robi się krzywdę nie tylko swojemu celowi, ale także wszystkim dookoła. Z żołnierzami włącznie.
„I dlatego autostrada czasem przypomina drogę do piekła” – pomyślał Szymon, wzdychając ciężko. Wśród osób mających mniej niż dwadzieścia lat niemalże trudno było znaleźć kogoś, kto wyglądałby względnie normalnie, bez rozszczepionej wargi czy dziwnych narośli na twarzy. W połączeniu z wszechobecną biedą, poszarpanymi, starymi ubraniami i brudem spowodowanym utrudnionym dostępem do wody, świat sprawiał wrażenie koszmarnego snu szaleńca. Miejsca zamieszkałego przez dziwne, pokraczne stworzenia, otaczające się resztkami cywilizacji, którą w ostateczności dało się uznać za metaforę zniszczonego przez chorobę psychiczną umysłu.
Na tym zwariowanym, pozbawionym logiki, jakiegokolwiek poczucia bezpieczeństwa i normalności globie spokojny, ciepły domek przy autostradzie wydawał się tak oderwany od rzeczywistości, jakby to właśnie on, a nie ten cały chaos dookoła, był przejawem dziwactwa. Sprawiał wrażenie oazy na samym środku pustyni obłędu, dręczonej przez ciągłe burze piaskowe i bezlitośnie smażące słońce, wysyłające swoje bezlitosne, ultrafioletowe światło – kolejna naciągana metafora, tym razem ukrywająca za zasłoną słów promieniowanie Busheya – dobijające umierających z pragnienia wędrowców.